Muzyka

środa, 31 grudnia 2014

1. Dożynki

   -To będziesz ty, Adeline- kołacze mi się po głowie kiedy zajmuje swoje miejsce w szeregu. Ludzie są niespokojni i spoceni, co w połączeniu z groteskowo odświętnymi strojami daje dość niepokojący, jeśli nie powiedzieć przerażający widok. Przełykam ślinę i przekonuję samą siebie, że Flynn pomylił się. 
-Co ma być to będzie- przychodzi mi do głowy ulubione powiedzenie mojej mamy. Nie można odmówić jej konsekwencji; mawiała tak nawet kiedy choroba drastycznie zmniejszyła limit jej oddechów: po prostu w którejś chwili jej się skończyły. Każdemu się kończą. O ile łatwiej byłoby gdyby każdy znał liczbę wdechów i wydechów  jaka mu pozostała.
   Wzdycham, kiedy burmistrz zaczyna odczytywać Traktat o zdradzie basowym głosem; to zabawne, bo w większości wypadkach to głos jest obrazem całego człowieka, podczas gdy Abelard Ross jest wyjątkiem od tej reguły. Mimo, że z jego gardła wydobywa się niski, mocny baryton on sam jest chuderlawym, wysokim człowiekiem  który najprawdopodobniej ponad wszystko boi się podpaść Kapitolowi. Burmistrz Ross, którego słowa są pewne i dają nam prawie całkowitą gwarancję, że wierzy w to co mówi (chyba dlatego wzbudza we mnie tak negatywne uczucia) ma już mocno ograniczoną ilość oddechów- blisko siedemdziesięcioletni staruszek od lat uzależniony od wszelkiej maści używek już dawno powinien wąchać kwiatki od spodu. Dam sobie rękę uciąć, że ciągnie tylko dzięki Kapitolowi, któremu jest całkiem wygodnie kiedy tak dużym dystryktem rządzi taki wazeliniarz jak Ross.
     Po skończonym przemówieniu burmistrz zaprasza na scenę Tryumfatorów wcześniejszych Igrzysk, oczywiście z Dystryktu Ósmego. Pierwszy na estradę wchodzi (a raczej wtacza się) Woof, podstarzały mężczyzna o przekrwionych oczach i nieogolonej twarzy, wyjątkowo trzeźwy. Za nim drepta na oko trzydziestoletnia kobieta z brzuchem jak piłka; Cecelia. Oboje są przygaszeni, mimo, że to nie na nich spoczywa w tym roku obowiązek mentorowania trybutom; już jakiś czas temu przekazali pałeczkę dwójce młodszych tryumfatorów, mojej starszej siostrze Gabrielli i Flynnowi. Najmłodszy ze zwycięzców, wcześniej wspomniany dwukrotnie Flynn Streep wchodzi na estradę sprężystym krokiem z miną wskazującą, że ma to wszystko w dupie i  że nienawidzi wszystkiego i wszystkich (z małymi wyjątkami, że tak się pochwalę). Za rękę trzyma moją siostrę, która cała drży. Jestem pewna, że dali jej zaćpać, żeby jej reakcje podczas losowania nie zniszczyły całego show.
    Witają się z Kapitolinką, opiekunką trybutów z Ósemki, Venus Campbell która jest wysoką, smukłą kobietą z opaloną na pomarańczowo skórą i niemal białymi włosami. Ma na sobie suknię sięgającą jej do kostek, uszytą niemal w całości z połyskujących, różowych kamieni. Na rękawach ma futrzane wstawki. Musi jej się nieźle pocić tyłek; na oko temperatura w cieniu wynosi jakieś 30 stopni.
-Czas na wylosowanie trybutów, kochani. Dziewczynki mają pierwszeństwo- na dźwięk tych słów mój mózg włącza „tryb czuwania” a ja czuję, jak po moich plecach przebiega nieprzyjemny dreszcz. 

    Przez chwile grzebie w kuli, szukając zagiętej karteczki, jestem tego niemal pewna. Wyjmuje w końcu los, a ja zaciskam wargi przygotowując się do wyjścia na scenę, mimo, że kiełkuje we mnie nadzieja, że pomylił się. To nie ja. To nie ja. Nie ja, nie ja, nie ja. 
-A…- zaczyna a ja dopowiadam w myślach: Alexandra, Astrid, Amy, Agnes?
-Adeline Adler!- miał racje. Cholera jasna, oni nigdy nie przepuszczą szansy na dodatkową rozrywkę. Udaje mi się tylko cicho westchnąć, kiedy wspinam się po schodach na estradę. Rzucam zbolałe  spojrzenie w stronę Flynna i Gabrielli, która osunęła się na fotelu i rozpłakała bezgłośnie.
-Jak się czujesz, kochanie?- zwraca się w moją stronę Venus, a ja ignoruję dojmującą chęć rzucenia się na nią i wydłubania jej oczu  i odpowiadam z przesadną, ironiczną uprzejmością.
-Wspaniale!- powinnam ugryźć się w język, spuścić wzrok i wymamrotać jakąś głupotkę. Ludzie nie lubią bezczelnych, pyskatych gówniar chyba że mają co najmniej 10 punktów na szkoleniu i trzymają z Zawodowcami. Jednak czuję, jak na moje policzki wkradają się rumieńce wściekłości, jak do żył wpływa adrenalina, jak ta najgorsza cześć mojego mózgu doradza mi brutalność. Mimo, że wielokrotnie w swoim życiu słyszałam, że agresja nie jest rozwiązaniem, dobrze wiem, ze jest inaczej.
Agresja jest opcją. Jedną z wielu, często najlepszą, nierzadko jedyną.
   -Urocza!- mówi Venus w stronę publiczności i losuje męskiego przedstawiciela. Jak wszyscy wodzę wzrokiem za kartką, którą teatralnie wyjmuje z kuli a następnie upuszcza, aby wylosować kogoś innego. Nie mogę przestać zastanawiać czyje życie w tym momencie zostało oszczędzone.
-Carson Law! – wykrzykuje Venus w stronę publiczności a z pierwszego rzędu wyłania się wysoki, mocno przygarbiony chłopak z odstającymi na wszystkie strony włosami i worami pod oczami. Wygląda jak siedem nieszczęść i jeśli nie okaże się, że ma niezrównaną charyzmę i jakieś super moce(szczerze wątpię, niestety) to nie ma szans u sponsorów. Prawdopodobieństwo, że przeżyje rzeź przy Rogu jest znikome.
Podajemy sobie dłonie i kierujemy się do Pokoju Pożegnań, w którym nie oczekuje zastać nikogo: głównie dlatego, że wszystkie bliskie mi osoby będą mentorować mi na Igrzyskach i to nie jest jeszcze czas na pożegnanie.
    Nie pomyliłam się. Przeczekałam w pokoju paręnaście minut; Carson jest chyba lubiany. W naszym dystrykcie są dwie szkoły, jedna w tej przemysłowej, śmierdzącej biedą części a druga trochę ładniejsza, niedaleko Rynku. Nie trudno się domyślić do której on chodzi; wystarczy spojrzeć na te przygarbione ramiona i zrezygnowaną minę, aby domyśleć się że po lekcjach pracuje w fabryce i raczej mu się nie przelewa. To pewnie dlatego go nie znam; odkąd Gabriella wygrała Igrzyska mamy pieniędzy jak lodu, mieszkamy w Wiosce Zwycięzców a ja przeniosłam się do tej lepszej szkoły w której lekcje są dłuższe; nikomu nie spieszy się na drugą zmianę do fabryki produkującej coś, co i tak prawie nikt  w naszym dystrykcie nie dostanie. 
 Wychodzę z pokoju w asyście dwóch Strażników Pokoju. Wsiadam do samochodu odprowadzona przez tłum fotografów, którzy doprowadzają mnie do szału. W ogóle cała sytuacja sprawia, że mam ochotę wybuchnąć.
Wybuchnąć i rozwalić wszystko dookoła.

_______________________________________________________________________
1019 słów.
   Takie małe wprowadzenie, które praktycznie do niczego nie wprowadza, ale pozwolę sobie to nazwać wprowadzeniem. Rozdziały będą mniej więcej takiej długości (2 strony w Wordzie) bo dobrze wiem, że jak jest za dużo tekstu w jednym rozdziale naraz zlewa się i źle się czyta (znacznie gorzej niż w książkach, to na pewno). Nie wiem z jaką częstotliwością będę pisała rozdziały, myślę że na początku dość często z uwagi na moją potrzebę "podrasowania" swoich umiejętności pisarskich o czym napisałam w "Notce od autorki".    
    Nie można tego nazwać chyba reaktywacją; kiedyś prowadziłam tu innego bloga,po jakimś czasie
 przestałam a później wróciłam i zaczęłam pisać coś w 99% innego.
     
 Szablon- na razie niech zostaną moje wypociny, postaram się coś wykombinować później. Z góry dzięki za wyrozumiałość- możecie mi wierzyć, ja też mam potrzebę estetyki, jednak musicie mi dać czas ponieważ jeszcze nie do końca zrozumiałam jak posługiwać się bloggerem (jestem raczej kiepską informatyczką).
     Muzyka i zakładka SPAM  będą za niedługo (wciąż liczę, ze magicznym sposobem rozgryzę edytowanie bloga).
A tym czasem; miłego czytania, i komentowania :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz